Dwa słowa na temat street artu po dwóch ważnych premierach

Na początku tego miesiąca bardzo lubiane przeze mnie wydawnictwo wypuściło na rynek przewodnik, który nie opisuje miejsc, a zjawisko – street art. Zauważyłam ten przewodnik, zamawiając książki o miejscach, które planuję odwiedzić, i od razu dorzuciłam do koszyka. Chciałam go jak najszybciej zobaczyć, skonfrontować z dotychczasowymi spacerami szlakiem street artu i poszukać inspiracji do kolejnych poszukiwań. Byłam też ogromnie ciekawa, jak autor poradził sobie z tak szerokim tematem.

Druga okoliczność, która poniekąd zmusiła mnie do napisania tych paru słów, to pokaz dokumentu „Saving Banksy”. Film widziałam 15.04. w Arnolfini, gdzie po seansie zorganizowano spotkanie nie tylko z reżyserem i operatorem – Colinen Day – ale również z autorem wyżej wspomnianego przewodnika – Edem Bartlettem – czy totalnym guru światowego street artu – Blek le Rat.

Ed Bartlett i Colin Day

Street Art

Zanim jednak podzielę się wrażeniami, tytułowe dwa słowa o street arcie, który od dłuższego czasu należy do głównego nurtu sztuki współczesnej. Bo choć każdy coś słyszał i na pewno widział jakiś przykład street artu, to różnie rozumiemy to zjawisko. Dla mnie jest to wszelkiego rodzaju działalność artystyczna w sferze publicznej, a właściwie efekty tej działalności, które może podziwiać każdy. By lepiej zrozumieć historię tego zjawiska zarówno w Polsce, jak i na świecie, zachęcam do zapoznania się z bardzo dobrym artykułem Marcina Rutkiewicza – opublikowanym na łamach miesięcznika ZNAKStreet art w Polsce. Autor jest ekspertem w tej dziecinie, naprawdę wie, o czym mówi, i robi to w sposób przystępny i ciekawy. Dlatego nie chciałabym powielać jego opinii, z którymi absolutnie się zgadzam. We wspomnianym artykule Rutkiewicz porusza przede wszystkim dwa, według mnie najważniejsze tematy – graffiti i jego relacje ze street artem oraz ten rodzaj sztuki jako integralna część miejsca, w którym została stworzona.

Wielu ludzi zachwycając się street artem, graffiti uważa za wandalizm, zapominając, że bez graffiti nie byłoby street artu, a granica pomiędzy wandalizmem a sztuką okazuje się płynna. Ci panowie w średnim wieku, uważani teraz za artystów, też byli kiedyś dzieciakami z markerami w kieszeniach i puszkami farb w plecaku. I dokładnie tak samo jak dzisiejsze małolaty mieli gdzieś to, co my – społeczeństwo – myślimy o nich i o tym, co robią. Powstawanie street artu to nie tylko sama czynność malowania, duże znaczenie ma także przygotowanie całej akcji. Pamiętajmy, że znacząca większość prac powstała – i nadal powstaje – nielegalnie. Ale nie jest tak, że te dzieła są oderwane od rzeczywistości. Wręcz przeciwnie, są mocno związane z miejscem, gdzie powstały. Prezentują określone style, nawiązują do historii danego miejsca, do ludzi, którzy ją tworzyli, są formą dialogu z innymi grupami. Więcej o konkretnych artystach, ich stylach i metodach działania napiszę w tekstach o konkretnych miejscach, bo temat jest tak szeroki, że nawet Ed Bartlett napisał, że jego przewodnik to tylko wskazówka.

Street Art przewodnik Lonely Planet

Nie mam pojęcia, jak tego dokonali, ale się udało. Za naprawdę rozsądne pieniądze dostajemy do ręki pięknie wydany przewodnik. Twarda okładka, matowa obwoluta, gruby papier – wszystko wygląda dokładnie tak, jak przystało na książkę o sztuce. Domatorzy mogą potraktować ją jak album do oglądania przy kominku, bo zdjęć jest dużo. Choć selekcja spośród tak wielu prac na całym świecie musiała być trudna, wybrano reprezentatywne dzieła, oddające klimat miasta, w którym zostały namalowane. To wstęp, pierwszy krok. Jestem przekonana, że podobnie jak ja, zauroczeni tym, co widzicie na fotografii, zaczniecie penetrować Internet w poszukiwaniu innych prac autora i będziecie chcieli wiedzieć więcej i więcej…

W lepszym zrozumieniu fenomenu street artu pomoże nie tylko wprowadzenie autora czy przedmowa artysty –Remi Rough– który na swoim przykładzie opowiada historię tego zjawiska, ale również kilka świetnych wywiadów z czołowymi przedstawicielami tego nurtu sztuki z całego świata.

Nie zapominajmy jednak, że przede wszystkim jest to przewodnik turystyczny – książka, po którą sięgamy, planując wyjazd. W tej roli również publikacja sprawdza się świetnie. Oczywiście jako punkt wyjścia, bo nie sposób przygotować przewodnik, który byłby kompletnym spacerownikiem szlakiem street artu po całym świecie. Opisano kilkanaście europejskich stolic. Nie zapomniano także o Kijowie, bo – jak wszyscy mówią – to tam, czyli we wschodniej Europie, teraz dzieje się najwięcej. Znaleźli się tam też reprezentanci obu Ameryk i tak zwanej reszty świata. Możemy przeczytać, jaka jest specyfika sztuki ulicznej danego miasta i jego dzielnic. Trochę historii, mapka poglądowa z zaznaczonymi ważnymi rejonami oraz dokładne lokalizacje konkretnych prac. Nie zapomniano również o tak popularnych w ostatnim czasie festiwalach. I tu polski akcent – gdański Traffic Design. Jest też niewspomniany wcześniej Bristol – miasto rodzinne Banksy’ego i gospodarz Upfest‚u. Tak jak twórcy jeżdżą po całym świecie, by malować – my możemy podążać ich śladem i podziwiać.

Saving Banksy

Przed projekcją filmu Colin Day zażartował, że jego dziewczyna była bardzo ciekawa, czy obraz w ogóle powstanie, bo reżyser rzadko cokolwiek kończy. Dodał również, że jest to prawdopodobnie jego ostatni film na ten temat, bo po tak długim czasie jest nim po prostu zmęczony. Przyznam szczerze, że chętnie obejrzę cokolwiek, co nakręci, bo dawno nie widziałam tak dobrego dokumentu na jakikolwiek temat.

Po pierwsze, jest temat i to temat szeroko dyskutowany – street art znika z ulic i trafia do prywatnych kolekcji. Pojawia się wiele pytań i wątpliwości. Padają w filmie, więc nie będę ich przytaczać. Każdemu na pewno też nasuwają się same. Po drugie, wykonano kawał dobrej reporterskiej roboty – jesteśmy gruntownie wprowadzeni w problem, który śledzimy na bieżąco, mając możliwość wysłuchania argumentów każdej ze stron. Po trzecie, byłam bardzo zdziwiona, że Colin był nie tylko reżyserem, ale i operatorem, bo zdjęcia też są świetne. Podobnie jest z montażem. Mogłabym tak wymieniać bardzo długo, ale zobaczcie zapowiedź i oceńcie sami.

Zwróciliście uwagę na to, kto do nas mówi? Tak, kolejnym atutem tego filmu jest możliwość poznania opinii światowej czołówki artystów związanych ze street artem – Ben Eine, Risk, Glen E.Friedman, Niels „Shoe” Meulman, Doze Green, Hera, Anthony Lister, Revok czy Blek le Rat – wszyscy oni występują w filmie.

O tym ostatnim Banksy powiedział kiedyś, że za każdym razem, gdy wydaje mu się, że namalował coś oryginalnego, okazuje się, że Blek le Rat już to zrobił dwadzieścia lat wcześniej. Artysta zapytany przez jednego z widzów, czy nie ma problemu z tym, że to nie on jest najsławniejszy, choć wniósł tak wiele – odpowiedział, pełen sympatii, że absolutnie nie, bo dzięki popularności Banksy’ego jego prace również są bardziej rozpoznawalne, i że sukces każdego artysty robi dobrze środowisku, więc jest to powód do radości.

Na pytania widzów, choć z wyraźną niechęcią, odpowiadał też Ben Eine – znany ze swoich ogromnych liter i niesamowitego wyczucia koloru. Z Banksym malował w Palestynie. Powiedział bardzo ważne w tej dyskusji zdanie, że oczywiście tworzy dla ludzi i nie chce, żeby ktoś kradł jego prace, ale… w ten sposób za pięćdziesiąt lat te prace będą nadal istnieć. Dość ostro wypowiedział się na temat graffiti, stwierdzając, że to gówno, ale on robi sztukę, a gdy kobieta na widowni zaprotestowała, zapytał, czy wolałaby, by ścianę jej domu zdobiła jego praca, czy gówniane tagi. Jak widać, nawet wśród znawców tematu zdania są podzielone.Wśród zaproszonych gości był również John Nation, zwany ojcem chrzestnym sztuki ulicznej w Bristolu. To on w latach 80. i 90., w centrum dla młodzieży, prowadził zajęcia z dzieciakami, które później stały się światowej sławy artystami. Został wraz z nimi aresztowany 20 marca 1989 roku w głośnej policyjnej operacji Andersona skierowanej przeciwko graffiti. Stanął wtedy w obronie swoich podopiecznych i długo musiał odbudowywać swój autorytet jako działacza społecznego.

Opisane przeze mnie publikacje to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Są jednak na tyle dobre, że powinny zachęcić do dalszych poszukiwań. Rozejrzyjcie się wokół siebie. Te kolorowe ściany są dla nas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *